Welcome to Polish Art Gallery
 Login | Your Cart | Go to Checkout | Order Tracking | Contact us 
        
 Polish Poster School | Artists | Subjects | Current Exhibition | Art Books
 
 
Quick search
in  
   
     
 

 

EXHIBITIONS

 

Beksinski

:: About the artist
:: O Artyscie

:: Albums
:: Computer lanscapes 

 

 

POSTERS

 

Artists

 

Polish Poster School

 

Subject

 

 

Customer Support

 

Your Account

:: Login

:: Create New Account

:: Edit Your Account

:: Your Cart

:: Go To Checkout

:: Order Tracking

 

Our service

:: How to order

:: Security

:: Privacy

:: About us

 

 

 

Zdzislaw Beksinski - o artyscie
 

Wieslaw Banach

Artystyczna droga Zdzislawa Beksinskiego*

 

Biografia Zdzisława Beksińskiego daje się zamknąć w kilku zdaniach. Urodził się 24 lutego 1929 r. w Sanoku, z którym jego rodzina związała się od czasów pradziada Mateusza Beksińskiego. W 1947 r., po ukończeniu sanockiego gimnazjum i liceum rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Po ich ukończeniu w 1952 r., zobowiązany ówczesnymi przepisami o nakazie pracy mieszkał w Krakowie, a także w Rzeszowie, by w 1955 r. powrócić wraz z żoną do Sanoka. Rozpoczął swoją twórczość jako fotografik, prezentując w 1958 r. znakomite prace na kilku wystawach w Warszawie, Gliwicach i Poznaniu. Jednak to twórczość rysunkowa i malarska, a także częściowo rzeźbiarska przyniosła mu pierwsze sukcesy. W 1964 r. w Starej Pomarańczarni w Warszawie Janusz Bogucki zorganizował wystawę artysty, która okazała się pierwszym poważniejszym sukcesem, gdyż wszystkie prace zostały sprzedane. Wystawa przygotowana przez Boguckiego w roku 1972 prezentowała obrazy nowego nurtu, który po latach został przez artystę nazwany "okresem fantastycznym", a trwał w biografii twórczej Beksińskiego do lat 80. Latem 1977 r., po decyzji władz Sanoka o rozbiórce rodzinnego domu Beksińskich, twórca wraz z żoną i synem przeniósł się do Warszawy. W lutym 1984 r. związał się na kilkanaście lat z paryskim marchandem Piotrem Dmochowskim. W 1997 r. zaczął tworzyć komputerowo fotomontaże.
Liczne wystawy w Polsce i zagranicą, a także pokaźna liczba wydawnictw, w tym również katalogowych i albumowych, niezliczone wywiady oraz filmy o artyście, wprowadziły jego nazwisko do wąskiej grupy najbardziej znanych i cenionych twórców.
O swojej biografii napisał kiedyś z ironią: "Pisanie własnych życiorysów jest objawem jeszcze większego zadufania niż składanie wypowiedzi takich, jaką na życzenie Organizatorów napisałem do tego katalogu. O ile jednak może mi się wydawać czasami, że wiem to, co mi się myśli i że to ja akurat myślę myśląc, co powoduje, iż czuję się usprawiedliwiony informując kogoś innego o tym, co uważam za własne myślane przez siebie myśli, a nie za myśli wymyślone, to jednak jestem pewien, że nic nie wiem o własnej przeszłości z wyjątkiem wszystkiego, a wszystko to tyle, co nic. Przypuszczalnie najważniejszym faktem z mego życiorysu jest fakt otrzymania na imieniny w wieku lat dziesięciu wiatrówki, z której potem strzelałem do kur, ale czy ten fakt interesuje kogokolwiek poza mną? Poza tym najprawdopodobniej urodziłem się, oraz będę się starał nie umrzeć, ale jestem przekonany, że mi się to nie uda". Beksiński nie bierze udziału w tzw. życiu artystycznym, wybierając zacisze pracowni, nie bywa nawet na wernisażach własnych wystaw. Dlatego też nie ta oficjalna biografia, pozbawiona sensacyjnych wydarzeń, jest najbardziej interesująca, lecz biografia czysto artystyczna, związana z przemianami, jakie w jego sztuce zachodziły i zachodzą nieustannie.
Młodzieńczym marzeniem Zdzisława Beksińskiego było ukończenie szkoły filmowej i realizacja filmów. Ojciec jednak wymógł na nim studiowanie czegoś bardziej praktycznego, czym w zniszczonej wojną Polsce wydawała się architektura. Rekompensatą za nie zrealizowane marzenia było zajęcie się fotografią artystyczną. Dorobek ten pokazuje artystę niezwykle dynamicznego, poszukującego własnego sposobu wypowiedzi i silnej ekspresji. Przechodził od kpiny z socrealizmu, poprzez quasi-reportaże, różnego rodzaju eksperymenty formalne, szukanie ciekawych i zróżnicowanych faktur, aż do dzieł bliskich surrealizmowi czy ekspresjonizmowi. Zderzenie twarzy dziecka i staruszki, portret dziewczyny z wydartą twarzą, głowa owinięta gazą, akty obwiązane sznurkiem czy wreszcie montaże, polegające na naklejeniu na płytę kilku zdjęć (przeważnie reprodukcji) i tekstu, zupełnie z sobą nie związanych, wywołujących u widza niepokój i pytania o sens rodzących się skojarzeń.
Niezwykła siła wyobraźni artysty nie mogła jednak wypowiedzieć się w pełni w fotografii ze względu na jej ograniczenia techniczne i swobodnie uzewnętrzniła się w rysunkach, malarstwie, a częściowo także w rzeźbie. Z młodzieńczych szkiców nie zachowało się nic, jeśli nie liczyć gimnazjalnego tableau. Do własnej formy wypowiedzi, stworzenia warsztatu artystycznego dochodził Beksiński żmudną, zupełnie samotną pracą, bez korekt profesorów i kolegów. Wczesne obrazy miały charakter ekspresjonistyczny: "Krzyczące postacie na pustyni - wspomina artysta - ludzie z głowami z kamienia, jakieś kobiety rodzące, jacyś ludzie w trakcie kopulacji, defekacji, umierania, rozstrzeliwani czy wieszani, więzienia, miasta bez okien itepe itepe. Stylistycznie było w tym coś z ducha Cwenarskiego czy Wróblewskiego, potrafiłem machnąć nawet pięć obrazów dużego formatu dziennie, byłem absolutnie bezkrytyczny, szybko się niecierpliwiłem, więc nie widziałem sensu w malarskim dopracowaniu tego, co już zostało błyskawicznie namalowane temperą lub węglem na ogromnym arkuszu tektury. Tym niemniej myślę, że tylko wtedy naprawdę byłem szczery. A może tylko naiwny?". Wspomniany okres znamy tylko z wypowiedzi artysty, gdyż tamte prace, które uznał za zbyt ekshibicjonistyczne i naiwne - zniszczył.
Eksplozja sztuki abstrakcyjnej, która nastąpiła ok. 1956 r., okazała się niezwykle atrakcyjna nie tylko dla młodej generacji. W tym nurcie objawił się również z całą swoją specyfiką talent Zdzisława Beksińskiego, pozwalający mu osiągnąć charakterystyczny indywidualny klimat własnymi środkami. Reliefy czarne lub białe, o zróżnicowanej fakturze, przywodziły na myśl destrukcję. Nawarstwiając na siebie gips i farbę artysta liczył zresztą, że czas będzie ten proces pogłębiał, odsłaniając powoli i nieregularnie kolejne warstwy.
Powstające rysunki i rzeźby oddalały go natomiast od czystej abstrakcji. W rzeźbie, gdzie stosował negatywną formę, zaczerpniętą z dzieł Henry Moora, dominowały dwa motywy: głowa i postać ludzka. Rysunki natomiast odsłoniły całe pokłady drapieżnej i mrocznej wizji, a dominowała w nich tematyka erotyczna. Właśnie część z tych rysunków uzyskała tytuły, tworzone przez artystę post factum, jako zabawa swobodnych skojarzeń. Na zróżnicowanych formatach stosował różne techniki: rysunek ołówkiem, piórem, kredką czy węglem, monotypie, heliografie. Ujawniła się wówczas również cała skala poszukiwań formalnych, od układów "klasycznych", symetrycznych, po zachwianie kompozycji czy wręcz zaprzeczenie podstawowym jej zasadom. W niektórych pracach kreska była cienka, delikatna, prawie niewidoczna, w innych zaś rysunek stawał się niemalże monochromatycznym obrazem, przestrzennym, światłocieniowym. Erupcja tematów, drastyczność przedstawień, swoboda w podejściu do formy i kompozycji ukazały artystę, który nie daje się ograniczyć żadnymi barierami ani estetycznymi, ani zwyczajowymi. Beksiński otwierał się na podświadomość, nie bojąc się tego, co w niej znajdzie i z tych właśnie rysunkowych doświadczeń zaczęło kształtować się malarstwo "okresu fantastycznego". Utrwaliła się też wtedy technika, której artysta pozostał do dziś wierny - malarstwo olejne, rzadziej akrylowe, na płycie pilśniowej. Wykorzystując gładką stronę płyty malował w taki sposób, aby zatrzeć wszelkie, ślady pędzla, utajnić cały proces malarski. Obraz miał się stać lustrzanym odbiciem wewnętrznej wizji, a patrząc nań miało się całkowicie zapomnieć o technice malowania i o samej "malarskości" dzieła. Mówił wówczas: "Pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny. Jest to więc z pozoru realna rzeczywistość, która jednak zawiera ogromną ilość fantastycznych szczegółów. Być może u innych ludzi sen i wyobraźnia działają w odmienny sposób - u mnie zawsze są to obrazy z reguły realistyczne, jeżeli idzie o światłocień i perspektywę". Pokazując tego typu malarstwo w Warszawie w 1972 r., podzielił odbiorców na zagorzałych wrogów, uważających to, co robi, za rzeczywistość pozaartystyczną czy wręcz za kicz, oraz na gorących wielbicieli, uznających jego twórczość za najciekawsze objawienie sztuki współczesnej. Dokonał też rzeczy wręcz niespotykanej: wzbudził zainteresowanie masowego odbiorcy, dość przecież obojętnego na wszelkie przejawy sztuki najnowszej. Wydaje się, iż wypełnił swoim malarstwem pewną próżnię, którą w sztuce światowej częściowo zapełniała twórczość Salvadora Dali, nie posiadająca w Polsce odpowiednika, a z samym Beksińskim nie mająca nic wspólnego, prócz mimetycznej techniki i nadrealnej atmosfery, przy całkowicie innej poetyce dzieła. Publiczność zmęczona eksperymentami formalnymi, a może także pewną monotonią wyobcowanego języka plastycznego awangardy, z zainteresowaniem zwróciła się ku malarstwu, które z niezwykłym dramatyzmem wyrażało niepokoje swojej epoki, używając do tego środków tradycyjnych. Artysta, penetrując podświadomość, docierał zarazem do podobnych potrzeb widza, rozbudzonych przez psychoanalizę i egzystencjalizm. Wizyjność i mroczna tajemniczość przenosiły płaszczyznę doświadczenia odbiorcy z kontemplacji estetycznej i intelektualnej do sfery psychologicznej. W odbiorze tej sztuki pojawiło się jednak sporo nieporozumień. Obrazy Beksińskiego, ze względu na ich pozorną literackość, domagały się jakiegoś klucza do rozszyfrowania. Wychowany na romantyzmie, a zwłaszcza symbolizmie Młodej Polski widz coraz częściej zaczął sobie tłumaczyć ich treści i symbolikę, domagając się wyjaśnień, przede wszystkim od samego twórcy. Ten zaś konsekwentnie żadnego komentarza nie dawał, rezygnując całkowicie nawet z tego najbardziej elementarnego, jakim jest tytuł obrazu. "Nigdy nie zadaję sobie pytania "co to znaczy" ani w odniesieniu do moich obrazów, ani do cudzych. Znaczenie jest dla mnie całkowicie bez znaczenia. Jest tyle warte, ile smak czekolady w opisie literackim. Nie mogę pojąć, że problem znaczenia może być dla ludzi aż tak istotny, jeżeli idzie o obcowanie ze sztuką (...) Najczęściej jednak spotykam się z odbiorem semantycznym, w oparciu o opis przedmiotów przedstawionych na obrazie. Z mego punktu widzenia i w odniesieniu do moich prac nie ma drogi bardziej błędnej! (...) Semantyczna i semiotyczna analiza wizji jest taką samą bzdurą, jak szkolny "rozbiór" Wielkiej Improwizacji Konrada. Nie to jest ważne, co się ukazuje, lecz co jest ukryte... Jeszcze inaczej: Ważne jest to, co ukazuje się naszej duszy, a nie to, co widzą nasze oczy i co możemy nazwać". Konflikty wywoływały jednak nie tylko kwestie dotyczące interpretacji. Zarzucano Beksińskiemu różnego rodzaju niekonsekwencje formalne i odejście od postimpresjonistycznej koncepcji obrazu jako płaszczyzny malarskiej zapełnionej w określonym porządku. Ład obrazów Beksińskiego miał naturę czysto psychologiczną. Gra barwna, znaczenie koloru, faktury, powiązań kompozycyjnych itd. wydawały się artyście nieprzydatne, a wręcz przeszkadzające w osiąganiu celu, którym było uzewnętrznienie podświadomej wizji. W kategoriach wyżej wspomnianej estetyki jego obrazy jawiły się wręcz jako całkowicie bezwartościowe, nie niosące z sobą żadnych problemów stricte malarskich. Beksiński uciekał przed tego typu ocenami, broniąc prawa do swobodnego posługiwania się swoją wyobraźnią. Wystawa, którą w 1977 r. zorganizował Teatr Stu w Krakowie, celowo została zatytułowana "Obrazy Zdzisława Beksińskiego", a nie: "Malarstwo...". Artysta chciał wówczas definitywnie odciąć się od tradycyjnych ocen estetycznych. Pędzel był przecież tylko zastępczym narzędziem do formowania wizji, takim jak dziś staje się w pewnym stopniu komputer. "Wolę być rozpatrywany pod kątem psychologii, psychiatrii nawet niż tej pańskiej Sztuki przez wielkie S" - powiedział w jednym z wywiadów.
Najbardziej reprezentacyjny zbiór obrazów "okresu fantastycznego" z lat 1967-1983 znajduje się w kolekcji Muzeum Historycznego w Sanoku. Jest on niezwykłym świadectwem wizji pełnej dramatu, lęku, destrukcji nie tyle świata zewnętrznego, co raczej duchowego czy psychicznego. Oto w zimowym pejzażu, odstraszającym swoją pustką i martwotą, ślepy chłopiec prowadzi utworzoną z rupieci trupią postać. Gdzieś w głębi jeździec o ptasiej głowie zmierza na koniu w tym samym kierunku. Chłopiec wskazuje palcem coś, czego na obrazie nie widzimy, czego ani on, ani trupia postać zobaczyć nie mogą. Dokąd ta dziwna krucjata zmierza? W centrum metafizycznego pejzażu z 1978 roku widnieją obrośnięte bluszczem ruiny budowli. Każdy jej otwór wprowadza nas w inną przestrzeń, w inne światło i czas. Co jest prawdziwe? "Jest taki starochiński paradoks mówiący o tym, że nie wiemy, kiedy się budzimy: rano czy wieczorem. A przecież o ile bardziej prawdopodobnie brzmi teza, że budzimy się wieczorem, a przez cały dzień, gdy śpimy, usiłujemy zrozumieć coś ze świata nocy, który jest tak wielki i wspaniały, że umyka w całości naszej mizernej myśli porządkującej. Stoimy olśnieni, jak małe dziecko, lawiną niezrozumiałych szczegółów, a gdy już zaśniemy i we śnie chodzimy do pracy i budujemy te stereotypowe osiedla, w których wydaje nam się, że mieszkamy, rano więc śpiąc porządkujemy te wszystkie wspaniałe szczegóły i nadajemy im układ znaczeń, tak aby możliwe były do percepcji przez nasze nie dość lotne umysły". Na innym obrazie, wąwozem utworzonym z gigantycznych mnichów-trupów wędruje niewielka postać z pochodnią w ręce... Czy coś z tej "podróży" po obrazach Beksińskiego dla nas wynika? Czy śnimy ten sen na jawie podobnie, jak artysta, czy zupełnie inaczej, każdy z nas osobno ważąc swoje własne lęki i tajemnice? Czy ten sen obrazów Beksińskiego jest dla nas - używając słów Witolda Gombrowicza - "brzemiennie straszliwym, a niedocieczonym znaczeniem", gdzie "wszystko dosięga nas głębiej, poufniej niż najbardziej rozpalona namię-tność dnia"? Obrazy jednak są malowane po to, aby oddziaływały atmosferą na nasze uczucia, a nie treścią na nasz intelekt.
"Okres fantastyczny" przyniósł Beksińskiemu sławę i wydawało się, że artysta pozostanie mu wierny. A jednak już na początku lat osiemdziesiątych stopniowo zarzucał tę przestrzenną, pejzażową najczęściej wizyjność, ograniczając motyw do jednej lub kilku postaci, umieszczonych najczęściej na nieokreślonym tle. Obraz stał się znacznie bardziej syntetyczny i już nie to "fotografowanie snu czy marzenia" było najważniejsze, ale właśnie malarstwo. "Idę w kierunku większego uproszczenia tła, a równocześnie znacznej deformacji postaci, które są malowane bez tzw. światłocienia naturalistycznego. Właściwie chodzi mi o to, żeby między innymi na pierwszy rzut oka było widoczne, że jest to obraz zrobiony przeze mnie". W latach 90. w sposobie malowania wybranym przez artystę, można zauważyć pewne zróżnicowania. W niektórych pracach postać wydobyta jest przestrzennie, wręcz z rzeźbiarskim wyczuciem, czasami nawet przypomina formą rzeźby z lat 60. Część obrazów wydaje się nie tyle malowana, co raczej rysowana barwnymi kreskami, z plątaniny których wyłaniają się postacie, rozgrywające swoje samotne dramaty. Są wreszie obrazy wykonane niezwykle malarsko, syntetycznie, w których samoistne działanie formy i koloru wyprzedza temat przedstawienia. W komputerowych fotomontażach z ostatnich lat wraca jednak atmosfera malarstwa "okresu fantastycznego", z przestrzennymi pejzażami o silnym metafizycznym ładunku. Artysta stosuje daleko posuniętą deformację niemalże każdego przedmiotu, którym się posługuje, w tym także ciała ludzkiego.
Fenomen twórczości Beksińskiego związany jest przede wszystkim z unao- cznieniem, "zmaterializowaniem" w technikach artystycznych "obrazów podświadomości", które są zapewne symbolami wewnętrznych doświadczeń artysty, a w dużym stopniu symbolami stanów duchowych współczesnego człowieka. Groza śmierci, rozpadu, zniszczenia, samotności jest tu nieustannie obecna. Czy sztuka Zdzisława Beksińskiego prowadzi nas ku rozpaczy czy też działa na zasadzie catharsis, i czy światło, które nieustannie odnajdujemy w jego sztuce, daje choć odrobinę nadziei - pozostanie zawsze osobistą refleksją każdego z widzów.

 

Wiesław Banach

Wiesław Banach, ur. w 1953 r. w Kościanie, absolwent historii sztuki (Katolicki Uniwersyt Lubelski). Od 1977 r. pracuje w Muzeum Historycznym w Sanoku, zajmując się przede wszystkim sztuką współczesną. Od 1990 r. pełni funkcję dyrektora tegoż muzeum. Autor wielu artykułów, katalogów i wystaw Zdzisława Beksińskiego.
*Tekst pochodzi ze wstepu do albumu "Beksinski", wydanego przez Wydawnictwo BOSZ w 1999 roku.


 

Wieslaw Ochman

 

Zdzislaw - Artysta i Przyjaciel

 

Zanim poznałem artystę Zdzisława Beksińskiego, znałem Jego prace malarskie. "Zdzisław Beksiński" - hasło w encyklopedii zawiera ok. 60 słów i nie określa znaczeń i tajemnic, dotyczących zarówno sztuki, jak i człowieka. Nie wierzę w możliwość werbalnego opisu jakiegokolwiek malarstwa, a już na pewno nie malarstwa Beksińskiego. Trzeba się z tą twórczością zapoznać osobiście. Doskonale zespolona z tematem forma działa na widza w sposób metafizyczny, a istotę tego sposobu trudno ubrać w słowa. Zafascynowany pracami Beksińskiego zrobiłem pewien wizualny eksperyment. Ułożyłem szereg reprodukcji wspaniałych dzieł dawnych mistrzów - Velasqueza, Tycjana, Rembranta, Boscha i innych bliższych naszym czasom, a obok nich reprodukcje Beksińskiego. Nie chodziło mi o porównanie, chociaż na pewno Beksiński ma wspólną z nimi cechę, a mianowicie doskonały warsztat. Pragnąłem raczej znaleźć potwierdzenie mojego przekonania, iż sztuka Beksińskiego ma swój głębszym bardziej skomplikowany rodowód, niż wynikałoby to z obiegowych opinii, iż wywodzi się głownie z surrealizmu. Wyraźnie było widać, że atrakcyjny, ale dość ilustracyjny charakter prac Salvadora Dali rozmija się z głęboką metafizyką prac Beksińskiego. Z mojej układanki z niezwykłą sugestią ukazała się siła oddziaływania sztuki Beksińskiego. Powaga ascetycznej formy, wyrafinowanej kolorystyki i harmonii, sprawiły, że jego obrazy doskonale zaistniały obok dzieł powszechnie uznanych za wybitne. Uświadomiłem sobie też z radością, że dobrze się stało, że Beksiński żyje w naszych czasach. W dawnych wiekach bowiem, wielcy malarze tworzyli głównie "na zamówienie". Teraz, kiedy lepiej znam Beksińskiego-artystę i człowieka, wiem, że nawet najwyższa hierarchia nie byłaby go w stanie zmusić do robienia czegokolwiek "na zamówienie" właśnie. Nade wszystko ceni on sobie swobodę twórczą i wolność, więc jakieś zlecenia tematyczne nie miałyby żadnego powodzenia. Jeśli więc w tych dawnych czasach Beksiński byłby malarzem, to pewnie tworzyłby dla siebie, tak to w zasadzie czyni również obecnie. Fakt, że jego obrazy znalazły powszechne uznanie na pewno go cieszy, choć jest to jeden z tych artystów, który nie idzie na żadne ustępstwa, a już absolutnie nie wobec siebie. Beksiński bowiem w szczególny sposób pojmuje piękno obrazu. Dla niego piękny obraz, jeśli już używamy takiego określenia, to taki, który jest doskonale wykonany. Prawie nigdy w rozmowach nie omawiamy tematu jego prac. Dosyć powierzchowna interpretacja prac Beksińskiego opiera się na czysto anatomicznym odczytywaniu elementów tworzących ich formę. Dla mnie prace te stanowią odtworzenie rzeźby. Może siła tego malarstwa sprawia, że mniej postrzegam anatomiczny aspekt przedstawianych postaci, a bardziej ich malarskie opisanie. Beksiński, w okresie, gdy fantastyczny pejzaż stanowił często temat jego prac, opisywał też sytuację. Coś tajemniczego, zupełnie niezrozumiałego a fascynującego działo się w obszarze i w przestrzeni obrazu. Wytwarzał nastrój trudny do opisania, a jednak czytelny. Malował wtedy szerzej, operując "płaszczyznami koloru". A były to sąsiedztwa barwne o niespotykanym wysmakowaniu i harmonii.
Wreszcie w życiu Zdzicha zjawił się komputer. Beksiński posiadł kolosalną wiedzę na jego temat, wprawiając w zdumienie i czasem w zakłopotanie specjalistów. Ujawniła się to szczególna cecha jego charakteru, która powoduje, że jeśli go coś zainteresuje, stara się poznać to "coś" możliwie dokładnie. Nie trzeba było długo czekać, by ten wciąż poszukujący nowych form wypowiedzi artysta wykorzystał komputer do realizowania swoich wizji i stworzył coś, co w moim przekonaniu diametralnie różni się od typowej "grafiki komputerowej". Beksiński korzysta z możliwości komputera, ale zupełnie nie sugeruje się podpowiedziami programów. Wypracował swój własny język wypowiedzi artystycznej, a komputer jest jedynie fizycznym realizatorem wyobraźni twórcy. Każdy zauważy, że te prace to "prawdziwy Beksiński". Zdzisław nie jest pewien, jak powinien potraktować swoje prace komputerowe. Czy traktować je jako unikatowe, czy też numerować jako krótkie serie, jak grafiki. Tu ma znowu wątpliwości, bo to przecież nie są grafiki. Cały Beksiński. Uczciwy i odpowiedzialny wobec siebie i ewentualnych klientów.
W pewnym okresie nastąpiła u Beksińskiego diametralna zmiana w malarskiej realizacji obrazu. Zaczął tworzyć jakby przestrzenną siatkę z misternie poprowadzonych linii, które stwarzają wrażenie trójwymiarowości. Nie ma tu mowy o żadnym światłocieniu. Ograniczył też paletę barw, zawężając ją do trzech, czterech kolorów, w rewelacyjny sposób stosując czerń i różne odcienie szarości. Znikła z prac fabuła, której i tak przecież było niewiele, pojawił się jeden element jako temat obrazu. Krzyż, postać, dwie splecione w nierealnym, a jednak prawdopodobnym dla wyobraźni uścisku, jakaś architektura, twarz, katedra, kroczące wprost na widza monumentalne i władcze postacie kobiet.
Kiedy pytam Zdzicha, jak powstają jego obrazy, mając na myśli tematykę, bo malarskie rozwiązania widzę i czasem mam to szczęście, że mogę prześledzić rozłożoną w czasie ich realizację, odpowiada, że tak naprawdę, gdy staje przed sztalugami nie wie, jaki będzie końcowy wynik. Oczywiście jest mowa o snach i wizjach, ale nie jestem pewien, czy one mają decydujący wpływ na ostateczny kształt obrazu. Beksiński maluje, bo to jest jego "chleb powszedni". Istnieje poprzez malarstwo. Traktuje je jako formę egzystencji, a że jest to przy okazji coś, co ludzie odczytują jako efekt pracy genialnego artysty, to go już mniej obchodzi. Zadziwiający fenomen tej twórczości nie da się wytłumaczyć perfekcją warsztatową czy odrębnością tematyczną. Sądzę, że jest w tych pracach pewna energia, która powoduje, że przyciągają wzrok, przykuwają uwagę. Fascynują zarówno dorosłych, jak i młodzież.
Beksiński-artysta ma jedną ogromną zaletę. Nie dąży za wszelką cenę do oryginalności, nie głowi się, jak tysiące innych artystów, nad wymyśleniem czegoś, co mogłoby zainteresować media. W dzisiejszych czasach popularność doskonale się sprzedaje. Zdumiewające zaś jest właśnie to, że Beksiński osiągnął sławę i sukces artystyczny dzięki jakości swojej twórczości, omijając pobojowiska estetyki i nihilizmu wizualnego, często kreowane na wydarzenia. Uprawia swoje malarstwo z dala od wszelkich manifestów i "izmów". Ma zagorzałych wielbicieli, ale są też i tacy, którzy odrzucają jego malarstwo. Świadczy to jedynie o potędze tej sztuki. Podejrzewam, że Zdzisław zdaje sobie sprawę, iż tworzy malarstwo ponadczasowe i uniwersalne. Podejrzewam, bo nie sądzę, by dyskusja na ten temat doprowadziła do jednoznacznej oceny jego własnych osiągnięć. Na pewno jest świadomy, że tylko rzetelna, prawdziwie perfekcyjna i unikalna twórczość przetrwa próbę czasu, który jest najsurowszym, obiektywnym weryfikatorem i sędzią estetyki. Problem czasu i egzystencji w nim pojawia się zresztą często w naszych rozmowach.
Beksiński zupełnie nie odpowiada ogólnie przyjętemu wyobrażeniu o artystach. Jest nad wyraz skromny i, nie waham się tego powiedzieć, nieufny wobec ludzi. Może wynikać to z faktu, iż Beksiński w głębi duszy jest pesymistą, choć w bezpośrednim spotkaniu na wszystkich robi wrażenie niezwykle pogodnego. Beksiński chowa ten pesymizm tylko dla siebie, choć ma to zapewne wpływ na ocenę sytuacji czy podejmowanie decyzji. Z drugiej strony jest to człowiek o niewątpliwej wrażliwości, który wciąż wspiera rozmaite akcje i instytucje charytatywne, ofiarowując obrazy na aukcje.
Fizycznie nie znosi oficjalnych spotkań, tłumów, rautów. Rzadko, bardzo rzadko daje się namówić na udział w wernisażu własnych prac, a każdy taki wyjazd z domu jest dla niego przeżyciem. Wynika to z tego, że Beksiński ma pewien ustalony tryb egzystencji i takie "wypady" poza własny teren wybijają go z rytmu pracy i codziennych zajęć. Kiedy na horyzoncie pojawiła się okrągła rocznica jego urodzin, zaniepokoił się faktem, że ktos mógłby go uczcić, nadając jakieś oficjalno-państwowe wyrazy uznania. W domu niezmiennie przyjmuje wizyty w stroju, który mu najbardziej odpowiada - dżinsy i koszula, a już sama myśl o konieczności ubrania marynarki i krawata oraz dalsze następstwa związane z odbiorem takiego wyróżnienia przyprawiają go o rozstrój żołądka. Chętnie natomiast udziela wywiadów, odpowiadając na trudne i osobiste pytania.
W postępowaniu Beksińskiego nie ma przypadkowości. Wydaje się, jakby żałował czasu na niepotrzebne działania. Może chciałby w jak najbardziej istotny sposób zaznaczyć swoją obecność w granicach istnienia. Malarstwem już zapisał się na stałe w historii, komputer zaś jest zapewne korzystnym miejscem archiwizacji osiągnięć.
Kiedy śpiewałem w Operze Waszyngtońskiej, ukazał się właśnie album z pracami Beksińskiego. Kupiłem kilka egzemplarzy i podczas ostatniego przedstawienia podarowałem na pożegnanie kolegom. Wszyscy bez wyjątku byli zaskoczeni jakością i charakterem tych prac. Jeden z nich, patrząc na mroczny i piękny obraz powiedział: "Ciekawy jestem, czy ten człowiek umie się śmiać". Odrzekłem, iż jest to ktoś z ogromnym poczuciem humoru i świetnym dowcipie, że podchodzi do siebie samego i do życia nieco ironicznie, ale kocha życie i na pewno, gdyby można było wygrać w Totka dodatkowe sto lat, grałby regularnie, z nadzieja na sukces.
Nie ukrywam, że Zdzisław zadziwia mnie swoją wiedzą i to nie tylko z dziedziny malarstwa. Rozmowy o sztukach plastycznych i tak zawsze schodzą ostatecznie na sprawy czysto techniczne. Nie ma mowy o uniesieniach malarskich, natchnieniu, a raczej pojawia się racjonalność malarskiego myślenia.
Ogromną rolę w życiu Beksińskiego odgrywa muzyka, jest wszędzie w jego mieszkaniu. Zbiór nagrań mógłby wiele powiedzieć o właścicielu tej fonoteki. Beksiński posiada ponadto ogromną wiedzę muzyczną, wiadomości, które pozwalają mu swobodnie dyskutować na najróżniejsze tematy. Zna kompozytorów i ich dzieła od baroku, aż po współczesnych twórców znanych tylko nielicznym. Jego oceny muzyki są bardzo konkretne i przekonywujące.
Na pewno Beksiński ma skomplikowaną osobowość, choć jednocześnie jest świetnym rozmówcą i doskonałym kolegą. Nigdy, w żadnej rozmowie nie słyszałem krytycznych uwag pod adresem twórczości innych artystów.
Beksiński, choć jego twórczość robi wrażenie rozrachunku z wiecznością i próbą "oswojenia" największej tajemnicy świata, jest blisko życia i ludzi. Blisko świata, ale nie tego gazetowego i telewizyjnego, który go niewiele obchodzi. Ma swój świat...Nigdy nie natknąłem się u Beksińskiego na żadne gazety. Albo je czyta i natychmiast likwiduje, albo nie są mu potrzebne, bo zewnętrzny świat, a zwłaszcza polityka nie bardzo go interesują. Skąd zatem wie doskonale o wszystkim? Pewnie z "największego śmietnika" jak mówi czasem o Internecie. Na pewno jest samotny po utracie żony Zofii i syna Tomka, ale nie sam.
Zosię zapamiętałem jako cichą, atrakcyjną szczupłą, o pięknych oczach kobietę. Była wówczas chora i choć zdawała sobie sprawę z sytuacji, była dzielna i przy każdym kolejnym spotkaniu rósł mój podziw dla jej determinacji i odwagi. Zdzich zaś przez kilka lat żył jak na wulkanie. Z jednej strony Zosia, której godziny życia biegły szybciej, niż jakiemukolwiek innemu człowiekowi, z drugiej Tomek, charyzmatyczny propagator awangardowej muzyki młodzieżowej, wspaniały tłumacz angielskich dialogów filmowych, który pragnął zakończyć swoją drogę życiową z własnej woli. Dopiero po jego odejściu doceniłem jakość jego przekładów. On nie tylko tłumaczył, ale także przekazywał atmosferę i nastrój, co na pewno było sprawą bardzo skomplikowaną. Był bez wątpienia wykształconym, niezwykle inteligentnym człowiekiem, z dużym poczuciem humoru.
Zawsze wychodzę z domu przy ulicy Sonaty mądrzejszy, bo nie tylko zobaczyłem, nad czym Zdzisław właśnie pracuje, ale też wzbogacony o szereg wiadomości z różnych dziedzin. Kiedy dzwonię do Beksińskiego, pytam, jak się czuje - "No wiesz, żyję i poruszam się jak człowiek zaawansowany wiekowo". "A co robisz?" - pytam. "Siedzę przy komputerze i coś tam dłubię - odpowiada - ale ten komputer pracuje wolno, powinienem go zmienić, ale jak będę zmieniał to muszę malować, żeby taki lepszy komputer kupić, a on w momencie kupna będzie już przestarzały, bo gdzieś akurat na świecie pokaże się już coś o wyższym standardzie i muszę go upgradować, a prac komputerowych jak wiesz nie sprzedaję". "A malujesz?" - pytam dalej - "Tak, ale raczej rano, kiedy mam dobre światło". "A co malujesz?" - "A tego to nie wiem, jak skończę, to się okaże". Prace Beksińskiego powstają więc czasem z gotowej wizji, czasem ze snu, a czasem z malarskiego "błądzenia" po płycie pilśniowej.
Pewna dziennikarka zapytała mnie kiedyś, jaki jest ten Beksiński. Genialny malarz - odpowiedziałem - którego sztuka zadziwiała już w XX wieku, a będzie tak samo działać w XXI stuleciu i w następnych, a przy tym normalny, ale pełen tajemnic, jak jego malarstwo, człowiek. Tego malarstwa nie da się przetłumaczyć na język rzeczywistości, bo jest w nim jakiś mistycyzm, w sensie oddziaływania na wyobraźnię. Beksiński ma swoje tajemnice, których wyjaśnienie być może znalazłoby się w jego malarstwie, ale dla odbioru tej twórczości osobiste podteksty nie mają znaczenia. Liczy się wrażenie, a kto widział obrazy Beksińskiego, na pewno ich nie zapomni.
W naszych rozmowach pojawia się czasem temat dotyczący znaczenia jego dzieł. Beksiński niezmiennie odmawia komentarza, twierdząc, że prace te nie mają jakiegoś symboliczno-moralnego znaczenia. Zgadzam się z tym, bo Zdzisław w żadnym wypadku nie jest ani moralistą ani symbolistą. Ponieważ jednak, jak twierdzi J. L. Borges, "Inteligencja jest bliższa wątpliwościom niż potakiwaniu", każdy ma prawo do własnej interpretacji tego co widzi. Będę się więc upierał, że każdy obraz Beksińskiego ma jakieś znaczenie, przynajmniej dla odbiorcy. Zdzisław mówi, że malując nie starał się przekazać jakiejś obciążonej znaczeniem myśli. Malował obraz, odpowiadający jego wyobrażeniu o urodzie dzieła. Artysta przecież nie musi zdawać sobie sprawy, jak będzie oddziaływała na widza jego praca.
Choć nie przepadam za intelektualno-filozoficznymi interpretacjami obrazów, to jednak myśląc o dziełach Beksińskiego dochodzę do wniosku, że artysta poprzez nastrój grozy, a czasem groteski buduje złudzenie, które być może jest stacją graniczną między istnieniem w rzeczywistości, a przejściem w niebyt, lub jak kto woli, w wieczność.

Wieslaw Ochman

 

Wieslaw Ochman - swiatowej klasy tenor, wystepowal na najslynniejszych scenach operowych swiata. Jest rowniez znawca, propagatorem i kolekcjonerem polskiej sztuki, a takze interesujacym malarzem. Bliski przyjaciel Zdzislawa Beksinskiego.
*Tekst pochodzi ze wstepu do albumu "Beksinski 2", wydanego przez Wydawnictwo BOSZ w 2002 roku.

 

 

   
   

 

Need help with your order? Call: 1-800-2770407

Login | Your Cart | Go To Checkout | Order Tracking | How to order | Security | Home

 

Posters - Subjects | Artists | Albums | Learning Polish | Genealogy

 

© 2002 Polish Bookstore & Publishing, Co., Inc. All rights reserved. 

Webhosting & design: InternetPL